Leży i kwiczy

Zasypujecie mnie od wczoraj pytaniami o słynny raport Najwyższej Izby Kontroli o dostępności i jakości diagnostyki patomorfologicznej, ten raport, o którym krzyczą media, opatrując rzecz sensacyjnymi tytułami lamentującymi nad leczonymi na ślepo chorymi, nad pacjentkami i pacjentami poddawanymi terapii „na czuja”, nad upadkiem i degrengoladą. „90% wyników uniemożliwia dobrą diagnozę”! „Druzgocące” wyniki! I pytacie czy mam coś do powiedzenia na ten temat. I czy jest aż tak źle?

Nie mam dla was żadnego kontr-raportu ani żadnej systemowej diagnozy. Nie mam złośliwej riposty czy odpowiedzi na wszystkie wątpliwości i niepokoje, mam tylko garstkę refleksji. Powiem dyplomatycznie, że po krótkiej naradzie ze znajomymi po fachu część podkreślanych przez media wniosków z raportu uznałam za odrobinę podejrzane. Nie, nie żeby zaraz jakieś łgarstwa, nic takiego. Ale przekaz wydał mi się wybrzmiewać cokolwiek ekscentrycznie.  Tzn. jasne, na pewno błędy się zdarzają, to niedobrze, że się zdarzają, jest to jednak do pewnego stopnia wpisane w naszą profesję, pewien odsetek błędów pojawia się niezależnie od systemu i wydaje się nieunikniony (choć nie taki odsetek, zastrzegę od razu, by nie poszła w świat wieść, że Łopatniuk deklaruje, że 20% błędnych rozpoznań brzmi OK). Całość wydawała się zaskakująca i nieco jakby wybrakowana. Mocne wnioski, ale trochę w nich brakowało „mięcha” pozwalającego rzetelnie ocenić sytuację, konkretów, wyjaśnień. A że zdążyło mnie newsami o zastraszającej kondycji polskiej patomorfologii poczęstować chyba z pół Polski, stwierdziłam, że czas dać sobie spokój z relacjami prasowymi i zajrzeć do samego raportu. Zwłaszcza że część wypowiadających się na ten temat osób publicznych, zdaje się, nie zdążyła tego uczynić.

Media krzyczą o leczonych “na czuja” chorych zamiast skupić się na meritum

Czy jest źle zatem? I co jest źle oraz dlaczego, bo pierwsze strony gazet i strony główne portali internetowych wszczynające alarm tytułami sugerującymi, że patolodzy nas jakoś hurtowo źle diagnozują, nie zaskakują oczywiście z punktu widzenia klikalności i z punktu widzenia umiłowania sensacji – dobry tytuł to tytuł, który wzbudza emocje, strach zaś i oburzenie szczególnie dobrze się sprzedają, narracja medialna jednak nieco wydaje się zbaczać z głównej drogi i gubić trochę meritum.

Dobrze nie jest. Choć akcenty w raporcie rozłożone są moim skromnym zdaniem nieco inaczej aniżeli w mediach. I w dużej mierze zgodne są z tym, o czym środowisko patomorfologiczne trąbi od lat. Sama nie od wczoraj głośno wołam o niedoborach specjalistów i specjalistek z mojej branży, nie od wczoraj wreszcie informuje o tym prasa medyczna. Linkowałam swego czasu teksty na ten temat, wspominałam dane z posiedzeń organów publicznych problemowi poświęconych – zajmujemy pod względem liczby patomorfologów/żek w przeliczeniu na populację niechlubne miejsce w samym ogonie Europy – praktycznie wszędzie jest lepiej, tu jest nas ponad dwukrotnie mniej aniżeli być powinno, by system działał porównywalnie do krajów, z którymi chcemy się porównywać. NIK zatem przypomina – „liczba osób przypadających na jednego specjalistę patomorfologa w Polsce wynosiła 85 tys., przy średniej dla państw Unii Europejskiej wynoszącej 35 tys.” W dodatku ponad 40% z nas przekroczyło już sześćdziesiątkę. A nowi specjaliści i specjalistki nie powstają z brudu i starych szmat, jak to miało być wedle dawnych wyobrażeń z myszami. To w końcu trwająca pięć lat specjalizacja, do której młodzi wcale nie walą drzwiami i oknami, regularnie większość miejsc specjalizacyjnych pozostaje niewykorzystana. Trochę wymieramy.

Po co komu w pracowni histopatologicznej mikroskop? No fanaberia jakaś.

Ktoś w komentarzach pod ostatnią wklejką, pod którą również raport się pojawił, najpewniej idzie o pieniądze i trudno ukryć, że w problemach naszej specjalizacji odgrywają one rolę niebagatelną. Wielokrotnie wcześniej już i to wytykano, raport NIK tak naprawdę tylko kontynuuje – punktuje problemy finansowe branży, w nich doszukując się części zaglądającego nam w oczy dramatu. I nie, nie chodzi tylko o pensje bynajmniej, ani o nasze lekarskie, ani też całego personelu laboratoryjnego i administracyjnego niezbędnego do funkcjonowania zakładu. To zaledwie odprysk. Problem jest problemem systemowym. System patomorfologii nie lubi i nie ceni zanadto, patomorfologia zresztą jest dla systemu nieomalże niewidoczna. Nie jest rozliczana z NFZ-em jako osobna różna zależnie od nakładu pracy procedura, nie ma bonusów za wyższy poziom trudności, złożoność, dodatkowe badania immunohistochemiczne, całość jest dla szpitala irytującym kosztem dodatkowym, który upycha się w kosztach rozmaitych procedur zabiegowych czy innych świadczeń i którego to kosztu ewidencji niektóre placówki nawet nie prowadzą, bo co to kogo obchodzi, skoro nie da się rozliczyć w ramach kontraktu. Państwo nie zapłaci szpitalowi za zabieg więcej tylko dlatego, że diagnostyka patomorfologiczna z tym zabiegiem związana będzie bardziej wymagająca – można by złośliwe powiedzieć, że bardziej opłaca się wyrzucić twoje płuco, pacjencie, do kosza, twoją, pacjentko, macicę do przydrożnego rowu, niźli wrzucać czas i pieniądze w diagnostykę. Punkty za zabieg takie same. Kod klasyfikacyjny jeden i ten sam niezależnie od typu badania i złożoności procedury. Skoro nasza dziedzina jest nierozliczalna, bywa też traktowana cokolwiek po macoszemu – raport wylicza braki i zaniedbania sprzętowe i lokalowe, niedobory szkoleń podnoszących kwalifikacje personelu, a nawet dostępnej literatury fachowej niezbędnej w codziennej lekarskiej pracy; powiecie, ze przesadzam z tymi kłopotami i że cała medycyna się z takowymi boryka? Cóż, osobiście znam przypadek zakładu przyszpitalnego, w którym jest jeden mikroskop na dwa stałe pełne lekarskie etaty patomorfologiczne plus jedną osobę zatrudnioną w niepełnym zakresie czasowym. Dyrekcja mimo kolejnych próśb ma niejaki problem ze ogarnięciem faktu, że do diagnostyki mikroskopowej mikroskop bywa nader przydatny. No po co to komu przecież, fanaberia jakaś.

Po części przynajmniej pokłosiem traktowania nas per noga bywają problemy z utrzymaniem pewnych standardów bezpieczeństwa pracy, czyli na przykład z wystawianiem nas i reszty personelu na kontakt z formaliną, substancją – przypominam – toksyczną i zwiększającą ryzyko rozwoju nowotworów. Wspomina o tym słynny raport, ale też każde z nas, zatrudnionych w branży, bynajmniej nie tylko lekarzy i lekarek, ma swoje opowieści o pomiarach poziomu formaliny, o walkach o sprawne wyciągi nowe czy naprawę i kontrolę starych, etc.

W zaprzyjaźnionym zakładzie wyciąg na szczęście działa; koleżanka twierdziła, że powinnam zilustrować tekst kadrami z filmu “Królestwo” von Triera, nie taki jednak obraz polskiej patomorfologii chcę wam przekazywać 😀 [zdjęcie podrzucił kolega]

Raport wspomina też – i to nikogo z was na pewno nie zaskakuje – o wydłużającym się niekiedy w nieskończoność czasie oczekiwania na wyniki. Nie dziwota w sumie, gdy preparatów nie ma komu oglądać, a specjaliści i specjalistki spędzają czas w rozjazdach pomiędzy poszczególnymi zakładami – a to porobią biopsje, a to zabiorą naręcze teczek z jednego czy drugiego zakładu, w których dodatkowo diagnozują, a to przysiądą i obejrzą preparaty w kolejnej pracowni – pracy dla nas nie brakuje, brakuje rąk i oczu. I – paradoksalnie przy wszystkich tych brakach kadrowych – etatów. Kolejne osoby publiczne biadolą na outsourcing i na ekspediowanie preparatów do zakładów prywatnych, także przez szanowane placówki publiczne. Tyle że te placówki wcale nie chcą młodych specjalistów/ek zatrudniać, nie mają dla nich ofert. A jeśli mają, to niejednokrotnie mało atrakcyjne. I nie, znów nie chodzi nawet ani tylko o pensje – osobom, które ukończyły wymagającą specjalizację i pozdawały trudne egzaminy oferuje się umowy zlecenia, umowy o dzieło, a nawet wolontariat. Tak, wolontariat. W sytuacji, w której prywatne placówki chętnie podtrudnią kolejną osobę. Na kontrakt zwykle, owszem, ale niejednokrotnie też na etat, którego zabrakło samorządowi prowadzącemu szpital. Zresztą w ramach tego strasznego outsourcingu często obok swego podstawowego – publicznego zatrudnienia – pracują te same osoby, co w okolicznej publicznej placówce, nie ma co psioczyć na “prywaciarzy”, jest nas tak mało, że wszyscy pracują wszędzie.

Co nie znaczy, że outsourcing nie stwarza pewnych problemów – wspominałam już kiedyś o wędrówkach wyciętych narządów czy ich fragmentów przez cały kraj, bo dany zakład ma umowę na ich obróbkę z firmą X, która ma najbliższą pracownię daleko, prawda? Któryś z tygodników opinii publikował reportaż na tym właśnie zagadnieniu się skupiający. Tak, to może wydłużać diagnostykę, choć firmy kurierskie często radzą sobie nieźle.  Paradoksalnie transport z budynku do budynku w obrębie jednego szpitala bywa czasami bardziej czasochłonny, a i samo – niezależnie już od dłuższego czy krótszego dojazdu do podwykonawcy bywa kluczowym problemem. Jednym z ciekawszych elementów raportu są opowieści o tym, że tak jak chorzy i chore czekają na wyniki, nam z kolei zdarza się – nawet i tygodniami – czekać na materiał, który powinien do nas trafić. Nie, nie żartuję. I nie mam na myśli wcale tylko outsourcingu i transportu z gór nad morze czy przestojów laboratoryjnych. Kontrole NIK objęły kilkanaście placówek i oprócz suchych danych statystycznych przyniosły wiele konkretnych przykładów i – nazwijmy rzecz po imieniu – anegdot. Aż rzucę cytatem, bo warto, a większość was pewnie się aż tak się w to dość długie opracowanie nie zagłębi:

“W Samodzielnym Publicznym Szpitalu Wojewódzkim w Zamościu opieszale wystawiano skierowania dotyczące przekazywanego do badania materiału tkankowego. Czas od momentu pobrania wycinka materiału tkankowego i przekazania do badania podwykonawcom wynosił nawet do 51 dni. Sytuacja taka wystąpiła w 36 przypadkach na 186 losowo wybranych wpisów w księgach wycinków Bloku Operacyjnego.Dyrektor Szpitala wyjaśnił, że przyczyną opóźnienia przekazania preparatów do zakładu patomorfologii podwykonawcy, było zbyt późne wystawianie przez operujących lekarzy skierowań na badania histopatologiczne”

Wycięte chorym czekające na rozpoznanie dręczących je patologii narządy czekały sobie w szpitalu przez prawie dwa miesiące nim ktoś raczył wystawić papier upoważniający do dalszych procedur. I to nawet nie opóźnienia diagnostyczne są tu najistotniejszym kłopotem – mimo potencjalnie tragicznych opóźnień w leczeniu wynikających z rzeczonych. Clou sprawy to zmiany zachodzące przez ten czas w zalanych tygodniami formaliną tkankach. Tak, formalina utrwala dostarczany do nas materiał, ale też zmienia go. Nie o to tylko idzie, że tkanki sztywnieją i obkurczają się, to naturalna konsekwencja procesu utrwalania, umiemy w swej ocenie brać na nie poprawkę. Nie na wszystko jednak możemy. Część białek w taki sposób potraktowanych zmienia swą strukturę i nigdy już nie da wiarygodnych wyników przy próbach diagnostyki immunohistochemicznej (tej z użyciem przeciwciał), a to podstawa nie tylko poprawnego rozpoznania, ale też oszacowania parametrów służących późniejszej terapii. Tej, na którą chory czy chora i tak za długo czekają. Przy czym niekiedy to bardzo wymierne “za długo”, nawet jeśli w grę nie wchodzą miesiące: inny z kolei zakład – niby opóźnienia w dostarczeniu wycinków do zakładu “zaledwie” do tygodnia, ale za to także w przypadku specjalnie wydzielonych materiałów z zakresu tzw. szybkiej diagnostyki onkologicznej. Tak, tak, dobrze kojarzycie – to to słynne DILO (Diagnostyka i Leczenie Onkologiczne), które w swej idei miało przyspieszać diagnostykę nowotworów złośliwych. Krótka ścieżka onkologiczna.

Oby czekające w wiadrach zalane formaliną nerki i jelita (tu akurat jelita) było odpowiednio hojnie zalane formaliną

I kolejna placówka, nie ograniczajmy się – duże materiały przekazywane do pracowni patomorfologii nawet do do 41 doby od pobrania. Duże? Ano jelita, nerki, piersi. Że utrudni to subtelniejszą diagnostykę, to jedno, gorzej, że może wywołać nieprzyjemności dużo bardziej przyziemnej natury. Niby formalina ma materiał utrwalić. Ale musi jej być odpowiednio dużo. Oby zatem czekające w wiadrach nerki i jelita przynajmniej były odpowiednio hojnie tą formaliną zalane – w kręgu znajomych krąży anegdotka o koledze, który trafił, krojąc materiał w jednostce do której dojeżdżał dorabiać w ten sposób podczas specjalizacji, na łożysko (część popłodu, wiecie, płyta łożyskowa, pępowina, błony płodowe) po części zgniłe, po części spleśniałe. Ot, ktoś zapomniał zalać.

Trzymane za pępowinę łożysko; to na szczęście nie jest ani zgniłe, ani spleśniałe

I czemu tak? Czemu w ciągu ponad miesiąca nikt nie znalazł czasu, by dostarczyć materiał gdzie trzeba? “Jak wyjaśniono, opóźnienia w przekazywaniu materiału do badania histopatologicznego wynikały z nadmiaru obowiązków personelu medycznego związanych bezpośrednio z udzielaniem świadczeń zdrowotnych pacjentom na Bloku Operacyjnym Szpitala.” To wyjaśnienie, z którym niejednokrotnie stykamy się też, gdy prosimy o dostarczanie nam niezbędnych do pracy danych klinicznych. Siedźcie w tej swojej piwnicy i nie zawracajcie nam głowy.

Jak widzicie, to naprawdę bardzo ciekawy raport, tyle że akcenty są w nim trochę inaczej rozłożone aniżeli w relacjach prasowych. Całość – wbrew temu, czego się pierwotnie obawiałam – skupia się przede wszystkim na bolączkach systemu, który leży i kwiczy. Ten aspekt raportu, który tak zelektryzował prasę, zajmuje w sumie najmniejszą część materiału i w porównaniu z dość przekrojową i zaopatrzoną w rozliczne przykłady resztą sprawia wrażenie nieco ubogiego, okrojonego, aż korci, by powiedzieć – niedopracowanego. Tak, zawiera oczywiście dane liczbowe z nagłówków, ale są pewne “ale”. Mówimy o danych z pojedynczej wysokospecjalistycznej placówki, do której, można śmiało założyć, spływają co trudniejsze przypadki z całej Polski, danych zebranych spośród pierwszorazowych wizyt konsultacyjnych z jednego kwartału jej działalności. I ja doskonale rozumiem zastrzeżenia. Każe z nas pracujące w branży je zrozumie. Że materiał wypożyczany do dalszych badań nie zawsze nadawał się do niezbędnej diagnostyki? Tak, w części przypadków to kwestia złego utrwalenia tego materiału – to bloczki wykonane z wycinków zbyt długo leżących w formalinie, wysuszonych, uszkodzonych na różny sposób i na różnych etapach obróbki – od samego momentu pobrania po obróbkę laboratoryjną. OK, bywa. Że materiał uległ skrojeniu i nie ma już z czego dalej diagnozować? Cóż, każde skrojenie takiego zatopionego w parafinowej kosteczce preparatu, każdy kolejny plasterek tkankowy pobrany w trakcie diagnostyki nie służy naszej fantazji, nie wyklejamy sobie nimi kartek świątecznych i nie budujemy śmiesznych konstrukcji dla zabawy. To po prostu kolejne etapy wcześniejszej diagnostyki zużyły materiał, skrojenia pobrane, by zdiagnozować ile się da. A że tkanki było mało i się skończyła? Czasem zmienionej tkanki po prostu jest mało. Czasem guz jest malutki, czasem tyle tylko nam przysłano, że sami/e drżymy czy wystarczy nam wycinka na zupełnie podstawowe badania. Co zresztą prowadzi nas kawałek dalej, do kolejnego problemu. Te 40% przypadków, w których wedle danych Instytutu Onkologii “konieczne było rozszerzenie diagnostyki”. Brakowało istotnych badań immunohistochemicznych czy molekularnych. Być może to polskie realia, które mnie ukształtowały, ale nie do końca mnie zaskakuje, że mniejsze pracownie w tzw. terenie wykonują raczej podstawową diagnostykę, bardziej wyrafinowane badania pozostawiając placówkom wysokospecjalistycznym, takim jak warszawski Instytut Onkologii właśnie. Ja rozumiem, że wielkie ideały, że przydomowy reaktor atomowy w każdej zagrodzie, etc. Fajnie by było móc zrobić wszystko wszędzie, ale nigdy mały zakład patomorfologii nie będzie dysponował sprzętem, kompletem odczynników (naprawdę licznych niekiedy i rzadko używanych) i mocami przerobowymi pozwalającymi na kompleksową diagnostykę pewnych schorzeń. Nie każde z nas musi móc przebadać wszystko, co da się znaleźć w podręczniku. Nie zawsze się to komukolwiek kalkuluje – niektóre rzadsze choroby widujemy tak rzadko, że ani nie mamy w pracy z nimi doświadczenia, ani nie warto trzymać całych półek przeciwciał, które być może uda się wykorzystać raz nim stracą ważność. A może i nie. To są drogie zabawki, lepiej zachować je dla kogoś, kto wykorzysta je bardziej efektywnie. W końcu w przypadku leczenia i ośrodków onkologicznych wiemy już, że większe ośrodki to większe doświadczenie i lepsze wyniki. W patomorfologii też się to raczej sprawdza.

Niekiedy na drodze do poprawnej diagnozy staje kontrahent i jego niechęć do płacenia za badania dodatkowe; tu akurat badanie immunohistochemiczne, ocena receptorów Her-2, bez których rozpoznanie raka piersi nie powinno opuścić zakładu patomorfologii

Tak, oczywiście – to generuje problemy finansowe, które warto by systemowo rozwiązać, by odpowiednio rozdysponować koszty pomiędzy specjalistycznymi jednostkami obciążonymi w związku z tym większą i kosztowniejszą pracą. Tyle że – przypominam – nasze badania i ich koszty w systemie trochę nie istnieją. Ups. I dochodzi problem, o którym wspomniał w czasie swoich dotyczących raportu wystąpień konsultant krajowy w dziedzinie patomorfologii i prezes Polskiego Towarzystwa Patologów prof. Andrzej Marszałek, część kontrahentów poszczególnych pracowni histopatologicznych – to problem zwłaszcza podmiotów prywatnych – zwyczajnie nie zgadza się na dalszą diagnostykę wiążącą się z dodatkowymi kosztami. Nie zapłacimy ci za takie drogie badanie, na pewno da się bez niego, musisz się bardziej postarać. I co zrobisz? Możesz się uprzeć, ale nie otrzymasz zapłaty, a w dłuższej perspektywie stracisz kontrakt. Tu rzeczywiście mogą pomóc opracowywane od jakiegoś czasu oficjalne standardy diagnostyczne, docelowo usankcjonowane prawnie wytyczne wyznaczające bez czego wynik nie będzie mógł zostać uznany za poprawny. To taka pałka, którą będzie można pogrozić opierającemu się kosztom kontrahentowi, może nie pałka zresztą nawet (kontrahent jest cenny i nie należy używać wobec niego przemocy), a usprawiedliwienie – droga kliniko X, ja tak naprawdę wcale nie chcę tego robić, ale nie mogę ustąpić, bo nam zabiorą uprawnienia. Może to pomoże trochę zmniejszyć ten przynajmniej kawałek problemu. Poza tym zawsze dobrze jest mieć konkretne twarde wytyczne. I narzędzia do ich egzekwowania.

Podobnie jest z rozpoznaniami wymagającymi konsultacji i uzupełnienia. Hej, mówimy o wysokospecjalistycznym ośrodku referencyjnym, jeśli dobrze rozumiem. Czy naprawdę dziwi, że trafia do nich dużo większy odsetek przypadków trudnych i wymagających bardziej doświadczonych oczu? I znów, zgadzam się, że pewnie należałoby wypracować ścieżki technicznie usprawniające system. Sprawić, że osoba chora trafi do tego wysokospecjalistycznego ośrodka na samo tylko leczenie i że jego wycinki zostaną skonsultowane wcześniej – to na pewno ułatwiłoby wszystkim życie. Choć nie wiem czy  bardzo przyspieszyłoby procedury. Nasza specjalizacja przestała już być dziedziną, w której każde z nas zna się na wszystkim – X jest lepszy w tarczycach, Y doskonale orientuje się w patologii skóry, Z jest świetna w chłoniakach, tylko mieszka na drugim końcu Polski. Są patologie, których zwyczajnie nie umiemy diagnozować. Te preparaty i tak będą musiały krążyć. Tak, na pewno się w tej chwili zastanawiacie czy jednak rzeczywiście mowa o preparatach wymagających specjalistycznej konsultacji, a nie po prostu niechlujnie ocenionych. Ale tych odpowiedzi raport nam nie daje. Albo ja to przeoczyłam.

Za jedno z rozpoznań histopatologicznych szczególnie obarczonych ryzykiem pomyłki uchodzi czerniak; w tym przypadku obraz nie pozostawia wielu wątpliwości co do złośliwości zmiany, czerniaki potrafią jednak być o wiele bardziej subtelne; Czerniak; CC BY-SA 3.0; LWozniak&KWZielinski; https://pl.wikibooks.org/wiki/Atlas_histopatologii_guz%C3%B3w_sk%C3%B3ry

No i błędy oczywiście czy pomyłki, najbardziej niepokojące. Odsetek diagnoz, które po konsultacjach uległy zmianie, a o których wspomina raport, rzeczywiście martwi, ale też trudno rzecz oceniać, skoro nic o nich nie wiemy. Nie znamy natury ani tła problemów. To niechlujność i pośpiech czy raczej brak wiedzy? Jakieś pominięcia, których, gdyby przestrzegano standardu, można by uniknąć czy raczej szara strefa niepewności diagnostycznych? Wiemy tylko, że zmieniono rozpoznania. Przy czym tu łatwo można by właśnie zbić te moje refleksje, podając przykłady rozbieżności pomiędzy wersją pierwotną, a ostateczna oceną. Inaczej patrzymy na “szkolne” niedociągnięcia, braki zupełnie podstawowe – i łatwo by podkreślić oburzający aspekt sprawy, wytykając znakomitą większość takich właśnie różnic pośród podanych w raporcie danych liczbowych, tyle że tu właśnie dochodzimy do podstawowego “ale”. Reszta raportu obfituje w przykłady i zbiera dane z wielu ośrodków. Rozpisuje się szczegółowo na temat problemów z normami zatrudnienia, z rozliczeniami, z kwestiami administracyjnymi, z kontrolą wewnętrzną, bo – nie ma co ukrywać – tych problemów jest wiele. Ta część to zaledwie stroniczka i wzmianki gdzieniegdzie poza tym w treści przywołujące tych parę cyferek pokazanych na wypuszczonym dla prasy wykresie. W tej konkretnej placówce w tym i tym kwartale analizie poddano tyle i tyle (1216) konsultacji pacjentów/ek “które dotyczyły pacjentów zgłaszających się po raz pierwszy na wizytę do gabinetów w poradniach Instytutu Onkologii w Warszawie z wynikiem badania histopatologicznego, który wykonano w innym podmiocie (zarówno w publicznym, jak i prywatnym).” I gołe odsetki bez konkretów. Nie wiemy czy niezbędne badania dotyczyły spraw niszowych i trudnych, czy podstaw i wstyd o nich mówić i się przyznawać. Rzeczy grubych czy raczej subtelności. Czy mówimy o błędach kwalifikujących się do postępowania sądowego, czy pomyłkach zrozumiałych, diagnozach dyskusyjnych, w typie “jeden specjalista powie tak, a inny powie nie”. Zwyczajnie nie mamy danych. Możemy tylko hipotetyzować. I powiedziałabym jednak, że odważną tezą są deklaracje, że leczy się w Polsce „na czuja” i „na ślepo”. Owszem, nasze wyniki terapeutyczne na polu onkologii pozostawiają w porównaniu z światową awangardą sporo do życzenia, jednak wyjaśnienia natury ekonomicznej, profilaktycznej, etc zazwyczaj uchodzą za wystarczające, by te różnice wyjaśnić – śmiem twierdzić, że gdyby – jak straszy prasa – co piąty pacjent czy pacjentka byli zdiagnozowani i leczeni źle, wyniki byłyby zauważalnie gorsze. Na pewno wiemy tylko że w tym konkretnym kwartale w wysokospecjalistycznej placówce, do której trafia wiele trudnych przypadków z całego kraju, zmieniono pewien odsetek rozpoznań, a kolejne odsetki dodatkowo skonsultowano i uzupełniono o cenne badania potrzebne m.in. do specjalnego spersonalizowanego leczenia (któremu wszak poddajemy jednak mniejszość chorych i to nie ze złej woli, po prostu możliwości wcale nie są tak szerokie, jak by się wydawało z entuzjazmu medialnego, a kryteria włączania są często bardzo ścisłe, takie, ot, bardzo gęsto tkane sito) lub – co z kolei podkreśla w toczących się wokół raportu dyskusjach prasowych profesor Rutkowski – do wciągnięcia ich do programów badawczych dających nam szansę na rozwój nowych terapii.

I nie, raport nie mówi, że co piąta diagnoza patomorfologiczna nowotworu złośliwego jest w Polsce stawiana błędnie. Jeśli wujkowi lokalna ekipa chirurgiczna chce po naszym rozpoznaniu raka gruczołowego wyciąć jelito, najprawdopodobniej chce to zrobić słusznie. Jeśli u cioteczki rozpoznano raka płaskonabłonkowego szyki macicy, zapewne jednak tego raka ma i lepiej posłuchać zaleceń lekarskich. A jeśli ma się wątpliwości, zawsze można preparaty skonsultować. To nie jest żadna ujma dla nas, że chcecie się upewnić. W końcu kolejne oko nie zaszkodzi. I trochę przepraszam was za ten potok słów – planowałam ze dwa, może trzy akapity statusu na fejsbuku, ale zaczęłam czytać oryginalny raport, zaczęłam rozmawiać ze znajomymi patologami i patolożkami, odebrałam kolejnych kilkanaście powiadomień o prasowych rewelacjach i odrobinę mi się ulało. System nas nie rozpieszcza i krzyczymy o tym od lat, bo tym samym nie rozpieszcza i was. Dobrze działająca patomorfologia tak naprawdę ma służyć dobru chorych i odnoszę wrażenie, że większość z nas jednak o tym pamięta.

10 thoughts on “Leży i kwiczy

  1. Bardzo cenię Pani felietony za poczucie humoru, przystępną formę i wiedzę, którą niosą. Widzę jednak, że i Pani uległa wpływom Szydło-mowy! Lekarze i lekarki, specjaliści i specjalistki, patolodzy i patolożki! Też jestem zwolenniczka żeńskich końcówek, ale przecież nie trzeba w każdym zdaniu wyliczać płci. Jako dentystka (!) praktycznie nie mam kontaktu z dziedziną reprezentowaną przez Panią, tym bardziej jest to dla mnie interesujące. Pozdrawiam i czekam na kolejny ciekawy felieton!

    Like

      • Też się zastanawiam o co chodzi. Myślałem że jakiś głupi jestem bo nie rozumiem. Unikam tematów politycznych. Ale Pani też nie załapała więc nie jestem sam. A temat ważny. Bo to dotyczy nas wszystkich. Media piszą różne rzeczy. Mają temat i układają go tak jak im się podoba. Mam wrażenie że rzetelne dziennikarstwo nie jest już takie ważne. Ludzie muszą klikać. A jeśli chodzi o brak finansowania to mam wrażenie że ludzie którzy rządzą (bez znaczenia czy ci, czy inni) uznali że chyba nie opłaca się nas leczyć. Taniej wychodzi nic nie robić. To smutne to co Pani piszę. I w sumie to trochę się boję.

        Like

  2. Ludzie szukają sensacji. Tak było i jest. Bardzo dobrze to odpisałaś. Smutne to jednak. Jak wołaliśmy, że jest źle to nikt nie słuchał. Nikogo nie obchodziło, że chcemy rozpoznawać zgodnie z naszą wiedzą a uderzamy głową o ścianę. Ile razy każdy z nas słyszał, żeby napisać tylko “czy rak czy nie rak” bo kontrahenta nic więcej nie interesuje. Jak rak to wyślą pacjenta dalej. I mimo spotkań i rozmów, że po co dalej my też możemy zrobić badania dodatkowe….no tak ale to kosztuje. Pamiętam chirurga, który w podejrzanej o czerniaka zmianie skórnej wymagającej badań IHC przekonywał mnie, że immuno nie trzeba. On też “ogląda” czasem zmiany pod mikroskopem i wie, se to nic nie jest. Na moją sugestię podpisania wyniku swoim nazwiskiem zamilkł! Takich przykładów są tysiące. A z raportu i przekazu medialnego wynika, że jesteśmy niedouczeni i nie umiemy diagnozować. Jak powiedziałam na początku…smutne to.

    Like

  3. Porażające. I co? Coś się zmieni? Ktoś zamierza coś z tym raportem zrobić? Wprowadzić jakieś trwałe, systemowe zmiany – najlepiej strategię na całe lata do przodu? Czy to znowu chwilowa, dwutygodniowa sensacja medialna, po której wszystko wróci do polskiej normy? Oczywiście nie “normy jakości”, tylko swojskiego rozpiź…ju?

    Obawiam się że tak naprawdę nikomu nie zależy. Muszą iść za tym pieniądze i musi być tak, że jakaś zaraza (może COVID-19) wymusi na rządzących zdecysowane działania. Same apele to pisanie na Berdyczów…

    Trochę jednak nie ogarniam, jak można w takim syfie latami trwać. Sam, nie mając pojęcia o tamacie, a opierając się na fachowcach mógłbym taką reformę przeprowadzić. Oczywiście kierując środki tam gdzie trzeba, a nie jak Sumowski do własnej kiesy… To jest możliwe. tylko trzeba naprawdę chcieć dobra lekarzy i pacjentów. A nie mordę sobie wycierać Polską!

    Życzę najlepszego i pozdrawiam serdecznie. Niech Pani pisze częściej, bo już uważałem, że ten blog jest martwy i chciałem go wywalić z zakładek RSS. Może coś w temacie bieżącej pandemii?

    Like

    • “bo już uważałem, że ten blog jest martwy” Spokojnie, nie jest martwy, choć rzeczywiście ostatnimi czasy większość aktywności skupiała się na stronie fejsbukowej. Po prostu sporo czasu pożerała mi praca nad nową książką.

      Like

  4. Porażające. I co? Coś się zmieni? Ktoś zamierza coś z tym raportem zrobić? Wprowadzić jakieś trwałe, systemowe zmiany – najlepiej strategię na całe lata do przodu? Czy to znowu chwilowa, dwutygodniowa sensacja medialna, po której wszystko wróci do polskiej normy? Oczywiście nie “normy jakości”, tylko swojskiego rozpiź…ju?

    Obawiam się że tak naprawdę nikomu nie zależy. Muszą iść za tym pieniądze i musi być tak, że jakaś zaraza (może COVID-19) wymusi na rządzących zdecysowane działania. Same apele to pisanie na Berdyczów…

    Trochę jednak nie ogarniam, jak można w takim syfie latami trwać. Sam, nie mając pojęcia o tamacie, a opierając się na fachowcach mógłbym taką reformę przeprowadzić. Oczywiście kierując środki tam gdzie trzeba, a nie jak Sumowski do własnej kiesy… To jest możliwe. tylko trzeba naprawdę chcieć dobra lekarzy i pacjentów. A nie mordę sobie wycierać Polską!

    Życzę najlepszego i pozdrawiam serdecznie. Niech Pani pisze częściej, bo już uważałem, że ten blog jest martwy i chciałem go wywalić z zakładek RSS. Może coś w temacie bieżącej pandemii?

    PS. Zamieszczam jeszcze raz, bo coś (może filtr antyspamowy) usunął ten komentarz. Nawet dostałem e-mail zwrotny, ale zbyt szybko skasowałem spam… 😉
    Może pomoże zmiana konta? Nie pomogła. Zmienimy przeglądarkę. 2 próba…

    Like

  5. Co jest z tą autamtyczną moderacją? Czego nie jest w stanie przełknąć? Jakie tajemnicze słowo jest dla niej zbyt wulgarne, żebym mógł tu zamieścić komentarz? Zróbcie coś z tym syfem od Aismet! On nie redukuje spamu. On wszystko kwalifikuje jako spam!

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.