Ale tego wija lepiej zostaw w spokoju

Jedzenie bezkręgowców nie wydaje się niczym ekstremalnym; jennifer durban, CC BY-NC 2.0, https://www.flickr.com/photos/durbanator/476296770/

Larwy mączników (o podobno lekko orzechowym smaku); Pengo, Wikipedia, https://en.wikipedia.org/wiki/Mealworm#/media/File:Mealworm_01_Pengo.jpg

Jedzenie bezkręgowców nie brzmi wcale jak sport ekstremalny – ślimaki, małże, krewetki. Nic niezwykłego, prawda? Spróbujmy wyrzucić z listy mięczaki. I jak? Nadal bułka z masłem. W końcu skorupiaki nie są przecież żadną kulinarną ekstremą. Krewetki, podobnie jak bliższe naszej zupełnie wszak tradycyjnej kuchni raki, nie uchodzą za składniki w najmniejszym choćby stopniu niezwykłe. Odrobinę może bardziej ekscentrycznie zaczyna się robić, gdy z grona eksploatowanych spożywczo stawonogów wykluczymy skorupiaki i zostaniemy z resztą stawonożnego światka. Przynajmniej w naszej części świata, bo generalnie jedzenie owadów, choć nie jest standardem w Polsce czy w krajach ościennych, nie jest wcale na świecie taką rzadkością. Zresztą, by skosztować owadów, nie musicie wcale udawać się na odległe wyprawy – entomofagia i tu wkracza na salony.

Continue reading

Advertisements

Nie kłacz, gdy kaszlesz

Włosy w żołądku już były, włosy w drogach oddechowych to na patologach nowość

Kiedy siedemnastoletnia fryzjerka trafiła do szpitala z trwającym już drugi dzień krwiopluciem, nikt nie spodziewał się przyczyny za jej problemami stojącej. Dziewczyna wykaszlała z siebie w tym krótkim okresie mniej więcej pół szklanki krwi – to wystarczające w końcu zmartwienie, by nie szukać dalszych niespodzianek. Ale w medycynie zawsze warto się spodziewać hiszpańskiej inkwizycji.

Możecie sobie wyobrazić zaskoczenie personelu, gdy okazało się, że dziewczynie poza utraconą ostatnio krwią od pół roku już zdarzało się odkrztuszać też włosy i białawe kruche masy przypominające rozmokłą kredę. I nie, nikomu nie skarżyła się na te nietypowe objawy – założyła, że tego właśnie w branży fryzjerskiej można się spodziewać. Wiecie, praca z włosami w końcu. Poza tym nic nic więcej jej nie dolegało, zatem czym tu się kłopotać? Ot, kłaczek tu, kłaczek tam, trochę jak kotek. Khy, khy, khy, kłaczek, przepraszam.

Continue reading

Dama kameliowa spod Gogolina

Płuco z licznymi drobnymi ogniseczkami gruźlicy prosówkowej – te drobne białawe ognioska “poiścy” tegj odmiany choroby kojarzyły się z ziarenkami prosa; Yale Rosen; CC BY-SA 2.0, https://www.flickr.com/photos/pulmonary_pathology/6564687455

Gruźlica, choć może się niektórym kojarzyć bardziej z “Damą kameliową” czy “Czarodziejską górą”, aniżeli z osiedlową przychodnią lekarską, jest nadal mimo postępów medycyny i mimo ambitnych planów zahamowania jej szerzenia się w przewidywalnej przyszłości chorobą siejącą olbrzymie spustoszenie. Jasne, jej marsz udało się spowolnić. Liczba nowych zachorowań na świecie powoli (naprawdę powoli – mówi się o mniej niż 1,5% rocznie) zaczyna spadać, leczenie – dla tych, dla których jest ono dostępne – staje się coraz mniej uciążliwe, a prace nad nową skuteczniejszą szczepionką idą ponoć pełną parą. Najwyższy czas. Obecnie stosowana BCG ma już niemalże sto lat i chociaż sprawdza się, dobrze chroniąc dzieci przed najgroźniejszymi dla nich postaciami choroby – gruźliczym zapaleniem opon mózgowo-rdzeniowych i gruźlicą uogólnioną, prosówkową, ochrona, jaką daje przed pozostałymi formami schorzenia, jest dalece niesatysfakcjonująca. Jest w każdym razie gruźlica problemem ciągle aktualnym zarówno na świecie w ogóle, jak i w Polsce. I to bynajmniej nie ta najpowszechniej kojarzona gruźlica płucna jedynie. Widujemy w swojej praktyce zawodowej gruźlicę najądrzy, potrafi nam się trafić gruźlica pochwy, a gruźlica kości i stawów uchodzi za jedną z częstszych postaci pozapłucnych choroby w ogóle (w noteczce o raku kominiarzy pokazywałam jak może wyglądać gruźlica kręgosłupa).

Mimo iż zarówno teraźniejszość, jak i potencjalna przyszłość gruźlicy stanowią prawdziwą kopalnię zagadnień niezwykle interesujących, warto też spojrzeć czasem w przeszłość, bo i ona bywa w przypadku patologii fascynująca. Continue reading

Nicień w oku bliźniego

Biopsja cienkoigłowa czerniaka wewnątrzgałkowego; https://jamanetwork.com/journals/jamaophthalmology/fullarticle/419674

Anisakis w żołądku; CC BY-NC 4.0; https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC5852334/

Oczy to szczególnie wrażliwa część naszego organizmu. Nie tylko dosłownie, fizycznie, ale też w warstwie mentalnej, psychologicznej, skojarzeniowej. Zabiegi chirurgiczne z obszaru okulistyki niejednokrotnie, gdy oglądane, potrafią budzić emocje większe niż chirurgia jakichkolwiek chyba poza tym rejonów anatomicznych (no może poza poza neurochirurgią), biopsja cienkoigłowa guzów gałki ocznej sprawia, że wzdragają się osoby, które wzruszeniem ramion zareagują na biopsję dowolnych innych narządów. Obok okulistyki i niektórych aspektów patologii narządów płciowych podobnie żywe reakcje wywołuje chyba tylko parazytologia. Pasożyty również budzą gorące uczucia, zwłaszcza gdy mowa o zwierzątkach nieco większych, niewymagających mikroskopu, by rejestrować ich obecność. Glista machająca ogonkiem u ujścia wyrostka robaczkowego, Anisakis czający się w żołądku, owsiki leniwie wędrujące wokół odbytu. Jeśli szukacie recepty na przykucie uwagi słuchających, dorodny nicień to gwarancja sukcesu. Co niejako automatycznie czyni kombinację okulistyki i parazytologii mieszanką prawdziwie wybuchową.

Continue reading

Dwa kilo prostaty poproszę

Definicja właściwie jest prosta. Rozrost, z łaciny hyperplasia, to zwiększenie się liczby komórek danej tkanki czy narządu. Notorycznie mimo tego jest rozrost mylony – także przez osoby z wykształceniem medycznym – z przerostem, w ramach którego tkanka lub narząd zwiększają swoją objętość dzięki powiększaniu się pojedynczych komórek. Jasne, przerost i rozrost mogą ze sobą współistnieć, jednak nie są tym samym. Rozrost nie jest w naszych organizmach niczym niezwykłym, nie musi też sam w sobie być wcale patologią. Pod wpływem przemian hormonalnych regularnie fizjologicznym procesom rozrostowym ulega chociażby złuszczająca się później błona śluzowa wyścielająca jamę macicy. Ot, codzienność (w tym ostatnim przypadku właściwie comiesięczność).

Mięśniaki macicy potrafią być spore, choć nadal łagodne [zdjęcie z zaprzyjaźnionych zbiorów prywatnych]

Skąd te rozważania? Otóż niedawno goszcząca na stronie fejsbukowej patologów macica mięśniakowata, której usunięcie uwolniło pacjentkę od ponad czterech zbędnych kilogramów (nie, to naprawdę nie jest żaden rekord, naprawdę wielkie mięśniaki potrafią ważyć na przykład 27 kg), wzbudziła pośród tradycyjnych już komentarzy natury zarówno estetycznej, jak i medycznej, także uczucia nieco odmiennej natury. Pojawił się mianowicie głos domagający się równouprawnienia patologii. Jakiegoż to zmienionego chorobowo narządu mógłby się pozbyć mężczyzna, by osiągnąć równie spektakularny sukces w walce z nadmiarem kilogramów? Jakiż to ciężar mógłby z siebie zrzucić pan pragnący wywrzeć podobnie piorunujące wrażenie?

Continue reading

Serce na wierzchu

William J. Rashkind, amerykański kardiolog, w swoim opublikowanym w 1979 roku tekście poświęconym historii kardiologii pediatrycznej początków anatomopatologii dziecięcego serca doszukuje się w przechowywanej w British Museum zapisanej pismem klinowym tabliczce ze słynnej Biblioteki Aszurbanipala w Niniwie. Otóż znajdujący się na niej tekst zwiastuje krajowi straszliwe klęski mające nastąpić po narodzinach dziecka z sercem na wierzchu. Przyjmuje się często ten zapis za pierwszy w historii opis wady wrodzonej serca, co czyniłoby ektopię serca (ectopia cordis) – tak, taka wada istnieje – niejako prababką tego typu defektów (choć efekt psują nieco późniejsze wątpliwości translacyjne odnośnie tego czy to aby serce na pewno ma feralne dziecię mieć na wierzchu). Zresztą problem jako dość trudny – w przeciwieństwie do wielu wad – do przeoczenia, choć niezwykle rzadki, pojawiał się i później w źródłach historycznych, także stricte już medycznych, a w dziewiętnastym wieku doczekał się także pierwszych podziałów i klasyfikacji.

Continue reading

Małe kroki, czyli białko, które nie jest młotem na raka (ale i tak się przydaje)

Podczas jesiennego Comic Conu nie tylko opowiadałam o potworniakach i o tym, w jaki sposób uśmiercają chorych nowotwory złośliwe, ale także miałam przyjemność wraz z Katarzyną (Zwierz Popkulturalny), Łukaszem (To tylko teoria) i Mateuszem (Węglowy Szowinista) uczestniczyć w panelu dyskusyjnym o naukowych (a właściwie pseudo- i antynaukowych) bzdurach i przyczynach ich popularności. Zagadnienie jest na pewno zbyt obszerne na godzinną zaledwie konwersację, w końcu to temat-rzeka. Długo można by snuć rozważania tak na temat edukacji (zarówno wczesnej, jak i wyższej), jak i wokół samej nauki jako takiej, dywagować o uwarunkowaniach finansowych i administracyjnych, o sztuce komunikacji – zarówno na linii uczelnie/media, jak i media/reszta świata, wreszcie o popularyzacji w ogóle, stąd żadne z nas na pewno nie łudzi się, że zbliżyliśmy się choćby do wyczerpania poruszanych kwestii, rzecz została zaledwie muśnięta, zresztą mowa przecież o zagadnieniach od dawna poruszanych w kręgach naukowych i okołonaukowych. Literatura fachowa zajmuje się wszak nie od dziś zagadnieniami kontaktu pomiędzy ludźmi parającymi się nauką zawodowo i światem dziennikarskim, a wokół tego, jak promować naukę, powstają całe zestawy poradników. A jednak komunikacja nadal kuleje.

Znany portal Fronda również niestety “popularyzuje”

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest mnóstwo, by zacząć chociażby od trywialnej konstatacji – żeby nawiązać rzeczywiście owocną współpracę, obie strony muszą być zainteresowane kontaktem i obie muszą włożyć weń trochę wysiłku: jedna, by wytłumaczyć, druga, by zrozumieć. A i dobre chęci nie zawsze wystarczą. W końcu media rządzą się prawami nie zawsze sprzyjającymi rzetelnemu tłumaczeniu spraw często trudnych i skomplikowanych. News ma być atrakcyjny, nośny, ma się często klikać i łatwo sprzedawać. Trudno jest tymczasem sprzedać publiczności w atrakcyjny sposób historię o tym, jak to zespół badawczy, bazując na setkach opublikowanych wcześniej artykułów, zdołał zaobserwować, że małe białko X w pewnych okolicznościach może… nie, nie leczyć raka, ale może w pewnym konkretnym odsetku przypadków nowotworu Y w określonym stadium pomóc w wyborze optymalnej metody terapeutycznej. No nie brzmi to równie efektownie, jak “Potężny imbirowy MŁOT na raka!!!” (tytuł autentyczny, rozprowadzany przez pewien portal poświęcony, choć nie szerzeniu nauki niestety; szczęśliwie media chcące uchodzić za poważniejsze zazwyczaj starają się formułować swoje doniesienia nieco oględniej). W ogóle nie brzmi efektownie, a przecież tak właśnie wygląda większość postępów w nauce. To drobne kroczki popychające żmudnie naszą wiedzę o kolejne milimetry do przodu.

Continue reading