Tłuszczaki w mózgu, czyli zabójca z przypadku

Łagodny nowotwór tkanki tłuszczowej, czyli tłuszczak; https://www.thieme-connect.de/products/ejournals/html/10.1186/1749-7221-3-17, CC BY 2.0

Terminem, który najbardziej chyba, gdy o zdrowie idzie, działa na wyobraźnię jest “rak”. Jeśli ktoś orientuje się już na tyle w temacie, by wiedzieć, że pojęcie raka absolutnie nie wyczerpuje repertuaru nowotworów złośliwych (w końcu raki to jedynie ta podgrupa “złośliwców”, które wywodzą się z tkanki nabłonkowej), pozostaje niepokój związany z nowotworami złośliwymi jako takimi właśnie. Słusznie skądinąd, choć nadal wiodącą przyczyną zgonów są u nas jednak choroby sercowo-naczyniowe, a nie onkologiczne, a i nie wszystkie raki są równie groźne na szczęście. Ale OK, niezaprzeczalnym faktem jest, że zmiany złośliwe są w boleśnie realny sposób niebezpieczne mimo postępów medycyny. Tyle że warto pamiętać, iż zmiany łagodne, czy to nowotworowe, czy nie, także mogą zabić, jeżeli okażą się niefortunnie zlokalizowane.

Continue reading

GISTy, czyli jakże fortunne mutacje

GIST żołądka pod mikroskopem; wikipedia, autor niepewny; CC BY-SA 3.0

Zazwyczaj ścieżki prowadzące do rozwoju nowotworów są kręte i zdradliwe, najeżone rozlicznymi mutacjami i błędami ostatecznie po dłuższym błądzeniu dopiero prowadzącymi zmienione komórki na skraj katastrofy. To właśnie ten zresztą poziom skomplikowania biologii komórek poszczególnych nowotworów (a nawet poszczególnych komórek w obrębie jednego nowotworu) czyni je tak trudnymi do opanowania. Mutacja tu, mutacja tam, zmienione białko jedno, drugie, trzecie – gdzie nie złapiesz i nie naprawisz, napotykasz kolejne przeszkody, hydrze odrastają kolejne głowy. W końcu, pamiętajmy, mamy do czynienia z komórkami zepsutymi na wiele sposobów, które wymykają się tak wewnętrznym mechanizmom naprawczym, jak i zewnętrznym próbom leczenia nader wszechstronnie. Na szczęście niektóre nowotwory zachowują się nieco przyjaźniej, gdy już się pozna niektóre przynajmniej ich sekrety.

Continue reading

Jedwab i przywry, czyli higiena na Jedwabnym Szlaku

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/6f/Caravane_sur_la_Route_de_la_soie_-_Atlas_catalan.jpg

Karawana na Jedwabnym Szlaku, 1380, Cresques Abraham, Atlas catalan, domena publiczna, Wikipedia

“Kiedy myślimy o Jedwabnym Szlaku, nasuwają się nam romantyczne skojarzenia, obrazy wielbłądów sunących przez wydmy w rytmie arabskich nut, złote kopuły świątyń w tle, fatamorgany, palące słońce i ośnieżone szczyty Hindukuszu (…). I jeszcze ten jedwab: lekki, ulotny, luksusowy, bezcenny. Tajemniczy. Legenda, utrwalona w poematach, wierszach i na obrazach.

(…) Od początku istnienia szlaku, czyli od ok. III w. p.n.e., do XVII w. to miasto (przyp. mój – Samarkanda) stanowiło centrum szlaku, jeden z jego najważniejszych punktów. Z Chin, z miasta Xi’an, dawnej stolicy imperium, płynęły do Europy najróżniejsze dobra: papier, porcelana, herbata, przyprawy, zioła, perfumy oraz – rzecz jasna – sam jedwab, którego produkcja była pilnie strzeżoną tajemnicą.” [“Może (morze) wróci”, B. Sabela, wyd. Bezdroża 2013, str. 46]

Jedwabny Szlak, główna trasa, Captain Blood, CC BY-SA 3.0, Wikipedia

O Jedwabnym Szlaku rzeczywiście słyszał chyba każdy i nawet jeśli wiedza o nim jest często raczej fragmentaryczna (nie wszyscy z nas mogą być historykami czy archeologami w końcu), na pewno w wyobrażeniach czają się piaski, karawany, wielbłądy i jedwab. Malownicze krajobrazy. Zapach przypraw. Egzotyka. No ale też egzotyka to nie tylko ładne obrazki i malownicze widoki przecież. Chociaż malowniczości może akurat i tym bardziej patologom bliskim aspektom egzotycznych wypraw nie sposób w pewnym sensie odmówić. Tak, słusznie się domyślacie. Patolodzy nieco poszerzą wachlarz skojarzeń krążących wokół Jedwabnego Szlaku. Bo skoro dalekie podróże, to i – pardon le mot – latryny. Skoro latryny, to i ich zawartość. Skoro zawartość latryn, to… No ok. Powiedzmy to jasno. Zawartość latryn bywa niekoniecznie sterylna. A stąd już blisko do rozmaitych patologii. Patologie zaś to nasz chleb powszedni. Continue reading

Bez serc, bez głowy

Niby powinno być bez ducha, ale też parokrotnie już ustaliliśmy, że kwestie ducha to może jednak niekoniecznie tutaj, poprzestańmy zatem na głowie, jako elemencie nieco bardziej zazwyczaj namacalnym.

Prawdopodobnie kojarzycie cytat źródłowy, mało komu w końcu udało się uniknąć na pewnym etapie życia kontaktu z Odą do młodości. Bez obaw – nie płazem w skorupie bynajmniej dziś się będziemy zajmować, i nie polskim romantyzmem, jakkolwiek rzecz – w istocie – dotyczy młodych. A nawet bardzo młodych. Owszem, znów patologia ciąży na tapecie.

Ocena makroskopowa materiału tkankowego po poronieniu zazwyczaj jest zadaniem stosunkowo mało wymagającym. Nie piszę o “materiale tkankowym”, by zabrzmieć brutalnie tudzież by “odczłowieczać” potencjalnie znajdowalne w takim materiale dzieciątka (choć takie niekiedy zarzuty padają przy próbach trzymania się terminologii medycznej w dyskusjach publicznych). To, co najczęściej trafia do patologów, zazwyczaj wcale ciał tychże nie zawiera bądź też są one na tyle drobne (lub rozfragmentowane), że giną nam z oczu podczas obróbki. Zwykle mamy do czynienia z kilkudziestoma mililitrami skrzepów, kawałków błony śluzowej wyścielającej jamę macicy (w tym błony śluzowej doczesnowo przebudowanej wskutek ciążowych zmian hormonalnych) oraz fragmentów tego, czego szukamy najintensywniej, czyli strzępków jaja płodowego, których to obecność jednoznacznie potwierdza nam, że ciąża rzeczywiście była i że była umiejscowiona w jamie macicy – tam, gdzie powinna. Opis makroskopowy przeważnie jest raczej lakoniczny. “Dość skąpe (bądź dość obfite) wyskrobiny. Skrzepy oraz błoniaste i gąbczaste fragmenty tkankowe”. To gąbczaste to właśnie jajo płodowe, czyli fragmenty kosmków nie do końca jeszcze zazwyczaj na tym etapie dojrzałego łożyska. Rzadziej pojawiają się wzmianki o fragmentach tkanek zarodkowych czy płodowych, o elementach ciała płodu, etc.

Continue reading

Chromosom jak szczotka, czyli co robi Ki-67

aaa

Zestawienie najbardziej typowych barwień immunohistochemicznych dla samych tylko nowotworów nerek pochodzenia nabłonkowego; http://www.archivesofpathology.org/doi/pdf/10.5858/arpa.2014-0078-RA

Praca patologów upływa nie tylko pośród pięknych obrazów mikroskopowych w różu i fiolecie i nie tylko pośród wycinków skórnych czy zwałów jelit (by już nie wspominać o ich zawartości). To też dziesiątki badań dodatkowych – histochemicznych i immunohistochemicznych (rzadziej testów genetycznych), skrótów literowych, białek i białeczek, które trzeba znać, by doprecyzować nasze z różu i fioletu wzięte rozpoznania. Tabele badań dodatkowych typowych dla poszczególnych zmian i kryteria rozpoznań, całe litanie szczegółowych podpunktów niezbędnych do pełnej oceny zaawansowania i złośliwości histologicznej najrozmaitszych nowotworów. Ot, dużo zabawy i niemało klasycznej pamięciówki. Tak, pamięciówki właśnie, bo nie będę was oszukiwać. Niejednokrotnie niewiele wiemy o samej naturze charakterystycznych dla danych zmian związków, których obecność oceniamy przy pomocy badań immunohistochemicznych. Nawet ci spośród nas, którzy przygotowują się akurat do egzaminów specjalizacyjnych, choć często potrafią wiele z nich wyliczyć i generalnie mają głowy ponapychane niekoniecznie później przydatną w praktyce (ale za to niezwykle przydatną na egzaminach) wiedzą, spojrzą na was dziwnie, jeśli zaczniecie dopytywać, co tak naprawdę kryje się pod niektórymi nazwami czy skrótami i jakie to coś pełni w komórkach funkcje.

Continue reading

Opuść warkocz, Roszpunko

aaa

Medyk aplikuje bezoar ofierze otrucia, Johannis de Cuba Ortus Sanitatus Strasbourg, 1483

Czy słyszeliście kiedyś o bezoarach? W jakiejś książce? Filmie? Na lekcji historii? Nie? Naprawmy bezzwłocznie to skandaliczne niedopatrzenie.

Harry przeskoczył ponad niskim stołem i pobiegł w stronę otwartego zestawu do warzenia eliksirów Slughorna, wyrzucając z niego słoiki i woreczki, podczas gdy potworny, gulgoczący dźwięk oddechu Rona wypełniał pokój. W końcu znalazł – zeschnięty, przypominający nerkę kamień, który Slughorn odebrał mu w czasie lekcji Eliksirów. Popędził z powrotem w stronę Rona, szarpnięciem otworzył jego usta i wepchnął do nich bezoar.

To szósty tom opowieści o Harrym Potterze (Harry Potter i Książę Półkrwi) J.K. Rowling. Zatruty miód wypity przez przyjaciela głównego bohatera nieomalże doprowadził do tragedii, na szczęście sytuację uratował bezoar.

Harry Potter wydaje się wam nazbyt niepoważnym źródłem? Sapkowski wymieniający bezoary pośród wyposażenia pracowni alchemicznych pewnie też? Nie ma sprawy. Może zatem Benedykt Chmielowski, autor Nowych Aten, pierwszej polskiej encyklopedii powszechnej? “BEZOAR jest słowo Hebrajskie, sonat jedno co i te słowa: veneni Dominus, że kamień ten przeciwko wszelkim pollet truciznom. (…) ten kamień rodzi się w żołądku Kóz Perskich, Indyjskich i Moluckich i w Peru. Cnota jego ta najchwalebniejsza, że wszelką wyprowadza truciznę i na nie pomaga“. A może Marcin Siennicki, krakowski medyk żyjący w XVI wieku?

Continue reading

O niezwykłych pożytkach z żucia gumy

aaa

Tętnica skroniowa zmieniona w przebiegu choroby; fot. MAMR2009, https://www.flickr.com/photos/mamr/10009851305/

To właściwie nie był szczególnie ważny artykuł. Nie oznaczał żadnego wielkiego przełomu w medycynie, nie był dużą, przekrojową pracą czy badaniem klinicznym na setkach czy tysiącach pacjentów. Ot, taki drobiazg. List do redakcji z opisem dwóch przypadków. I pomysłem na łatwy i tani test diagnostyczny. W medycynie jednak takie drobiazgi niekiedy okazują się niezwykle pożyteczne.

Olbrzymiokomórkowe zapalenie tętnic (giant cell arteritis, GCA) po raz pierwszy opisane szczegółowo w 1932 roku przez Bayarda Taylora Hortona w Mayo Clinic Proceedings (stąd zresztą spotykany czasem termin choroba Hortona) nazywane jest też niekiedy – nie do końca słusznie – zapaleniem tętnicy skroniowej (zmienionej w znakomitej większości przypadków choroby) i jest najczęstszą formą pierwotnego układowego zapalenia naczyń – szacuje się, że występuje nawet u 200 osób na milion rocznie (z dużymi rozbieżnościami geograficznymi – np. w Szwecji będzie to ponad 220 na milion, w Hiszpanii – ok. 100, w Turcji – 11, zbiorczo w Europie mówi się o przeciętnie 120).
Continue reading