Leży i kwiczy

Zasypujecie mnie od wczoraj pytaniami o słynny raport Najwyższej Izby Kontroli o dostępności i jakości diagnostyki patomorfologicznej, ten raport, o którym krzyczą media, opatrując rzecz sensacyjnymi tytułami lamentującymi nad leczonymi na ślepo chorymi, nad pacjentkami i pacjentami poddawanymi terapii „na czuja”, nad upadkiem i degrengoladą. „90% wyników uniemożliwia dobrą diagnozę”! „Druzgocące” wyniki! I pytacie czy mam coś do powiedzenia na ten temat. I czy jest aż tak źle?

Nie mam dla was żadnego kontr-raportu ani żadnej systemowej diagnozy. Nie mam złośliwej riposty czy odpowiedzi na wszystkie wątpliwości i niepokoje, mam tylko garstkę refleksji. Powiem dyplomatycznie, że po krótkiej naradzie ze znajomymi po fachu część podkreślanych przez media wniosków z raportu uznałam za odrobinę podejrzane. Nie, nie żeby zaraz jakieś łgarstwa, nic takiego. Ale przekaz wydał mi się wybrzmiewać cokolwiek ekscentrycznie.  Tzn. jasne, na pewno błędy się zdarzają, to niedobrze, że się zdarzają, jest to jednak do pewnego stopnia wpisane w naszą profesję, pewien odsetek błędów pojawia się niezależnie od systemu i wydaje się nieunikniony (choć nie taki odsetek, zastrzegę od razu, by nie poszła w świat wieść, że Łopatniuk deklaruje, że 20% błędnych rozpoznań brzmi OK). Całość wydawała się zaskakująca i nieco jakby wybrakowana. Mocne wnioski, ale trochę w nich brakowało „mięcha” pozwalającego rzetelnie ocenić sytuację, konkretów, wyjaśnień. A że zdążyło mnie newsami o zastraszającej kondycji polskiej patomorfologii poczęstować chyba z pół Polski, stwierdziłam, że czas dać sobie spokój z relacjami prasowymi i zajrzeć do samego raportu. Zwłaszcza że część wypowiadających się na ten temat osób publicznych, zdaje się, nie zdążyła tego uczynić.

Continue reading

Migdałkiem na gapę

Dawno już nic się nowego na blogu nie pojawiało. Zapewne winna wam jestem jakieś wyjaśnienia, ale też nie kryje się za tym żadna wielka tajemnica. Nie jedynym może, ale na pewno najistotniejszym powodem, który sprawił, że przez ostatnie miesiące skupiłam się na fanpejdżu, blog pozostawiając nieco w zapomnieniu, jest zaplanowana na koniec października (i oby udało nam się uniknąć poślizgów) nowa książka. Jak zapowiadałam, będzie to książka o skórze przede wszystkim i jej patologiach, zatem o tym, co zazwyczaj wzbudza w was wiele entuzjazmu, liczę więc, że się wam spodoba. No ale o książce na pewno będę jeszcze wspominać niejednokrotnie, nie zapeszajmy – prace nad nią nadal wciąż trwają, skupmy się raczej na dzisiejszej historii.

Przykładowe sashimi; are you gonna eat that, Sushi Hachi, Richmond, B.C.; https://www.flickr.com/photos/andreelau/3960833019/; CC BY-NC-ND 2.0

Dwudziestopięciolatka zgłosiła się po pomoc z powodu trwającego od pięciu dni bólu i uczucia podrażnienia gardła. Jakaś infekcja, powiedzie. Angina czy coś w tym stylu. Nic ciekawego, banał (co znowuż niekoniecznie jest prawdą – konsekwencje takich “banalnych” infekcji potrafią sięgać daleko). Cóż, niby możliwe, ale tu mamy dodatkowe okoliczności. Początek swych dolegliwości kobieta wiązała czasowo ze spożyciem sashimi. Ot, zjadła, a potem bolało. Nierzadko zdarza nam się takie relacje przyczynowo-skutkowe budować nieco na wyrost, wokół jakiejś zupełnej koincydencji, nie tym razem jednak. Nasza bohaterka, jak się potem okazało, słusznie oceniała sytuację. Proces diagnostyczny nie trwał w tym przypadku długo. W wynikach badań krwi niby nie kryło się nic ciekawego, tak naprawdę jednak wystarczyło zwykłe badanie fizykalne. Pacjentce zajrzano porządnie w gardło i… i odkryto tam pasażera na gapę. Otóż w lewym migdałku gardłowym pacjentki poruszał się ciemno wybarwiony robalek. OK, bo zaraz przyjdzie ktoś, kto nie lubi moich zdrobnień i potocyzmów, by mnie zrugać, w końcu “robalek” nie jest określeniem fachowym – w migdałku poruszał się nicień.

Continue reading

To tylko wyprysk

Wszystkimi co ciekawszymi anegdotami medycznymi wypatrzonymi w prasie fachowej zwykłam w pierwszej kolejności dzielić się z osobą, której ostatnio nagle zabrakło. Tą anegdotą podzielić się nie zdążyłam. Byłam zła, zmęczona, zmartwiona. Odłożyłam historyjkę na później, a później nie było już jak. Tą opowiastką podzielę się już tylko z wami.

Nie będzie to duży przekrojowy artykuł. Raczej krótka anegdotka właśnie. Opis przypadku. Ale frapującego.

Continue reading

Swędzikami jesień się zaczyna

Jesienne zdjęcia opanowały media społecznościowe

Jesień na dobre już się u nas zadomowiła. Ta słoneczna, złota, na przemian z klasyczną szarugą jesienną, która jednakowoż nie odstrasza amatorów/ek  jesiennych spacerów, grzybobrania i innych gier i zabaw terenowych. Osobom mniej za jesienią przepadającym i unikającym spacerów innych aniżeli te pomiędzy domem a pracą (z uwzględnieniem ewentualnych środków komunikacji) wieści z frontu przynoszą media społecznościowe przepełnione zdjęciami opadających liści, kolorowych krajobrazów, koszy pełnych grzybów oraz jesiennie przyodzianych osób epatujących swetrami, kołderkami i kubkami czekolady (ponoć słowo “jesieniara” ma szanse na sukces równy sukcesom słowa “dzban”). Na patologach jesień i opadające liście nieodmiennie kojarzą się ze śmiercią, jeśli do kogoś nie przemawiają jednak mroczne apoptotyczne bąbelki, znajdą się dlań i inne jesienne atrakcje. Żywsze i pogodniejsze.

Continue reading

Choroba zielonych mięśni

Drób niezbyt przyjaźnie nastawiony; Irina Iordachescu, https://www.flickr.com/photos/19907124@N00/226367570/, CC BY-NC-ND 2.0

Patologia weterynaryjna nie pojawia się na blogu często jako główny temat, bo to nie do końca moja przecież dziedzina. Jasne, sporo zagadnień powtarza się, wiele mechanizmów chorobowych jest podobnych, liczne zmiany bywają identyczne lub przynajmniej nie aż tak bardzo odmienne, ale jednak anatomia i histologia człowieka nie jest taka sama jak anatomia i histologia innych zwierząt, zwłaszcza gdy porzucamy ssaki na rzecz ptaków, gadów, płazów czy ryb, nie mówiąc już o bezkręgowcach (tak, istnieje literatura na temat patologii bezkręgowców i bywa fascynująca). Owszem, zdarza mi się wypowiadać na temat chorób innych gatunków, ale staram się to czynić ostrożnie i wpierw podoczytywać.

Continue reading

Biały jak śnieg, żółciutki jak kaczuszka

Kolor włosów Śnieżki Szancera nieco się rozmija z oryginałem

“Pewnego razu, podczas srogiej zimy, kiedy z nieba sypał się śnieg jak pierze z rozprutej pierzyny, siedziała królowa przy oknie o ramach z czarnego hebanu i szyła. Tak szyjąc i patrząc na śnieg, ukłuła się w palec, i trzy krople krwi potoczyły się na śnieg. A ponieważ czerwona krew cudnie wyglądała na białym śniegu, królowa pomyślała sobie:

„Chciałabym mieć dziecko, białe jak ten śnieg, rumiane jak krew i o włosach czarnych jak heban”.
Wkrótce potem królowa powiła córeczkę, białą jak śnieg, rumianą jak krew i o włosach czarnych jak heban. Nazwano ją Śnieżką.”

Pamiętacie jeszcze baśń braci Grimm? Magia barw. Krew na śniegu. Białe i czarne. Siła skojarzeń bywa nieodparta. Zresztą często posługujemy się nimi cokolwiek bezmyślnie, na zasadzie skrótów myślowych. I nie ma w tym w sumie nic nagannego – nie zawsze i nie w każdej sytuacji mamy czas analizować szczegóły, a skojarzenia i kody kolorystyczne bywają dość wdzięczne i proste w użyciu, wykorzystywane są zresztą nie tylko przez nas, ale i szerzej, przez naturę w ogóle, można by rzec, ewolucja po prostu. Gorzej, gdy zaczynamy na nich polegać bezkrytycznie, a z podrzuconych nam przez kogoś skojarzeń budować bez weryfikacji swoją wiedzę o świecie. Nie, nie mam na myśli szybkich reakcji na bodźce ostrzegawcze (czerwone światło, stój), a właśnie wiedzę, czy raczej przekonania o skomplikowanych zachodzących w naszych organizmach zjawiskach.

Continue reading

I pijcie łzy moje, czyste rzęsiste

Thelazia callipaeda w kocim oku; CC BY 2.0, https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3356600/

Nie będzie w tym ani grama przesady, jeśli powiem, że styk okulistyki i parazytologii to rejon szczególnie delikatny. Patologia oka wzbudza emocje rzadko na fanpejdżu patologów spotykane, od najgłębszego obrzydzenia i przerażenia po najżywszą fascynację, gdy zaś pożenić ją z przebogatym światem pomieszkujących niekiedy w naszych (i nie tylko naszych) ciałach pasożytów, powstaje mieszanka gwarantująca uwagę i reakcje czytających, jakkolwiek nie zawsze może będą to reakcje pozytywne, a uwaga niekoniecznie okaże się życzliwa. Ale niemało parazytków w oczy właśnie celuje, więc nie sposób zagadnienia unikać.

Continue reading

Prątkiem w raka, czyli co ma gruźlica do raka pęcherza

Jasnoróżowa chmurka ziarniniaka pośród ciemnofioletowych kropek limfocytów w pęcherzu moczowym; CoRus13, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/wiki/File:BCG-induced_granulomatous_cystitis,_very_high_mag.jpg

Siedzisz sobie spokojnie przy biurku, oglądasz pod mikroskopem kolejne preparaty, popijasz herbatę. Znamię. Banał, złożone, wycięte doszczętnie. Brodawka wirusowa. Nic nowego. Wyskrobiny z jamy macicy. Faza sekrecji, bez istotnych zmian. Wycinki z pęcherza moczowego. W pęcherzu zapalenie. I ziarniniaki. Zaraz, co tu robią te ziarniniaki? Rzut oka na skierowanie. Gdzie te dane kliniczne… Ach, to te małe literki tutaj… Pacjent po leczeniu raka pęcherza moczowego. No to żadna niespodzianka, że ziarniniaki. No ale nie dla was w końcu, wam nic to przecież nie mówi (ani mówić nie musi), zatrzymajmy się więc na chwilę i pochylmy nad ziarniniakami.

Continue reading

Ale jak to bezbarwnikowy?

Pierwotny czerniak jamy ustnej; CC-BY; https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3414006/

Coraz trudniej was czymś zaskoczyć. Coraz więcej kojarzycie, zarówno z patologów, jak i z innych stron popularnonaukowych czy naukowych wręcz. Wciąż jednak – niczym bumerang – powracają na fanpejdżu pewne kwestie nieodmiennie wzbudzające zadziwienie i niejaką konsternację. Ot, przy okazji czerniaków na przykład. Zdajecie już sobie doskonale sprawę, że potrafią one rozwinąć się bynajmniej nie tylko na powierzchni skóry – zdarzają się czerniaki błon śluzowych, zdarzają się czerniaki gałki ocznej, zdarzają się wreszcie pierwotne czerniaki narządów wewnętrznych. Nie będzie dla was niespodzianką, że istnieją różne odmiany czerniaków – tak jak istnieje wiele odmian najróżniejszych innych typów nowotworów złośliwych i że – tak jak i przy różnych grupach innych nowotworów zresztą – tu również różne odmiany mogą mieć nieco odmienne cechy biologiczne, stąd też mimo iż znakomita większość czerniaków jest zależna od promieniowania UV, niektóre podtypy będą powstawać także i bez jego udziału. W końcu wiedząc, że istnieją pierwotne czerniaki mózgu (naprawdę!) albo przełyku (a jedne i drugie pojawiały się już w notkach i pojawiają się też w książce), nikt z was na pewno nie spodziewa się, by zajęte przez nowotwór mózgi czy przełyki były jakoś nadmiernie wystawiane na słońce. Po prostu pewna niewielka frakcja czerniaków słoneczka nie potrzebuje w ogóle i rozwija się niezależnie od promieniowania ultrafioletowego. Odmienna biologia i tyle.

Niby podobny, ale kolor trochę nie pasuje… Czerniak jamy ustnej, tyle że bezbarwnikowy; CC-BY, http://jammonline.com/en/articles/13225.html

Jednocześnie wzmianki choćby o czerniakach bezbarwnikowych zawsze wywołują okrzyki zdumienia.

Continue reading

Nie tylko kakao

Większość z nas lubi podróże, wakacje w tropikach nęcą i kuszą, urlop nad ciepłym morzem to jedno z tych marzeń, które dzieli ze sobą naprawdę wiele osób. Nawet jeśli spełnienie tych marzeń obarczone jest niekiedy ryzykiem pewnych nie zawsze radosnych niespodzianek. Nie, to jeszcze nie ten od dawna obiecywany tekst o pchłach piaskowych, poczekam z nim na cieplejsze dni i na okres bardziej tradycyjnie uchodzący za wakacyjny. Dzisiaj tylko taka ciekawostka. Dość rzadka u ludzi patologia, choć niestety nie zawsze zasługująca na miano błahostki.

Continue reading